Pokazywanie postów oznaczonych etykietą porażka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą porażka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 listopada 2011

Szanse Powstania Listopadowego

Mianem Nocy Listopadowej określana jest noc z 29 na 30 listopada 1830 roku, kiedy wybuchło Powstanie Listopadowe. Mija 181 rocznica wybuchu najpoważniejszego z naszych zrywów narodowościowych. Podczas którego w lipcu 1831 wybitny rosyjski poeta - Aleksander Puszkin w wierszu zatytułowanym „Pieried grobnicieju swiatoj” wzywał ducha gen. Kutuzowa na pomoc w ratowaniu Cesarstwa Rosyjskiego.
darmowy hosting obrazków
Wokół Powstania Listopadowego narosło z biegiem lat wiele mitów. A dziś funkcjonują one w świadomości społecznej jako niepodważalne dogmaty i sprawiają, że tak wielu stawia to powstanie w jednym szeregu z insurekcją kościuszkowską, krakowską czy styczniową.
Powstańcze mity
Historiografia ostatniego półwiecza obaliła większość z tych mitów, wykazując choćby to, że w roku 1831 – inaczej, niż np. w 1846, 1863 czy 1981 – zrzucenie obcej dominacji, naprawdę leżało w zasięgu naszych możliwości. I tak, choćby Jerzy Łojek rozprawił się z mitem o ogromnej rzekomo przewadze wojskowej Rosji nad Królestwem Polskim.
darmowy hosting obrazków
W latach trzydziestych XIX stulecia – na długo przed wprowadzeniem powszechnej mobilizacji, transportu kolejowego i sprawnego systemu aprowizacji – silniejszy był, bowiem nie ten, kto dysponował większym potencjałem, lecz ten, kto był w stanie szybciej uruchomić go w odpowiednim miejscu i czasie. Tu przewaga leżała bezdyskusyjnie po stronie Polaków, nie inaczej było pod względem wyszkolenia żołnierzy, nowoczesności uzbrojenia i wreszcie – zasobów finansowych. Armia rosyjska pozostawała daleko w tyle: o skali jej technicznego zacofania niech świadczy fakt, że – jak zauważył Stefan Przewalski – race, których użyli w bitwie pod Grochowem polscy rakietnicy piesi, były bronią w ogóle Rosjanom nieznaną!
Więcej na ten temat, w tekście Romana Czubińskiego, pt. Powstanie inne niż wszystkie, patrz tutaj.
Wieje grozą z ust Puszkina
Do spraw najbardziej przez historiografię polską przemilczanych należy postawa ideowa i programowa twórczość poetycka Aleksandra Puszkina tworzona w dobie Powstania Listopadowego. Akcentując tradycyjnie przyjaźń dwóch wielkich poetów – Mickiewicza i Puszkina, podkreślając ich więzy ideowe, pomija się zazwyczaj zasadniczy zwrot ideowy Puszkina z roku 1831, nie prezentuje się jego antypolskich wystąpień i poparcia dla programu cara Mikołaja I, kiedy to domagał się jak najszybszego stłumienia powstania listopadowego przez armię rosyjską. W tym samym czasie, w liście do Jelizaviety Chitrovo pisał: "Wieść o powstaniu w Polsce prawdziwie mnie wzburzyła! Nasi starzy wrogowie zostaną, więc wytępieni. (...) Wojna, która ma się zacząć, będzie wojną na eksterminację, albo przynajmniej trzeba, żeby taką była”.
darmowy hosting obrazków
Zwraca uwagę na ten fragment twórczości Puszkina Jerzy Łojek w swoich rozważaniach zatytułowanych - Szanse Powstania Listopadowego, gdzie czytamy m.in.:
„W lipcu 1831 roku sytuacja na froncie polskim wydawała się z petersburskiej perspektywy jak najgorsza. Bitwa ostrołęcka była druzgocącą klęską armii polskiej, ale zdawano sobie sprawę z jej skutków jedynie w Warszawie. Dowództwo rosyjskie było pod wrażeniem strat własnych; do stolicy dochodziły wieści o rozwoju powstania na Litwie; zdawało się, że końca wojny nie widać, że siły polskie są niespożyte, że lada tydzień załamią się ostatecznie działania wojsk rosyjskich w Polsce, a wtedy u wrót cesarstwa zjawi się nieprzyjaciel równie groźny jak w roku 1812. Pod wrażeniem tych nastrojów Puszkin pisze w lipcu wiersz zatytułowany „Pieried grobnicieju swiatoj”, zwraca się ku cieniom zmarłego bohatera wojny 1812 roku - Kutuzowa, wzywa wielkiego wodza, by wskazał swego następcę: „W twym grobie entuzjazm żyje! Słyszymy tu rosyjski głos, opowiada nam o tej godzinie, gdy wiary narodowej głos wezwanie słał ku twej siwiźnie: idź, ratuj! Wstałeś i uratowałeś. Wysłuchajże i naszego wiernego głosu: wstań, ratuj cesarza, ratuj nas, starcze groźny! Na chwile ukaż się w drzwiach grobowca, ukaż się nam i natchnij entuzjazmem i chęcią do boju pułki, przez Ciebie opuszczone! Ukaz się i ręką wskaż nam w wodzów tłumie, kto Twój następca, kto wybraniec!”
14 sierpnia 1831 roku Puszkin napisał swój następny wiersz, związany z polskim powstaniem, słynną odpowiedź Oszczercom Rosji, patrz tutaj.
Recytacja wiersza w języku rosyjskim z polskim tłumaczeniem, patrz poniżej:
Puszkin, pełen gniewu, żądał w nim od Europy Zachodniej przychylnej powstaniu, by przestała się mieszać do konfliktu między Polską a Rosją. Pisał m.in.: konflikt to odwieczny, krzywdy zadawnione ciążą na nim, z jednej strony polskie najazdy na Moskwę w XVII wieku, z drugiej szturm Pragi w 1794 roku. Oburzał się na niewdzięczność Europy, która zapomniała już o orężnym czynie Rosji w latach 1812 – 1814, o wyzwoleniu wielu krajów spod dominacji Napoleona. Twórczość ta wywołały liczne sprzeciwy, między innymi polemizował z ich wymową Adam Mickiewicz w swym wierszu Do przyjaciół Moskali, patrz tutaj.
Z drugiej jednak strony wiersze Puszkina były syntezą wielkiego niepokoju społeczeństwa rosyjskiego w roku 1831. Są poniekąd dowodem, jak wielkie były szanse powstania w przekonaniu rosyjskiej opinii publicznej, jak poważnie oceniano niebezpieczeństwo grożące państwu rosyjskiemu.
Konkluzja i przestroga
Przyczyną powstania były represje i łamanie przez zaborcę konstytucji z 1815 roku. Wybuch akcji zbrojnej został przyśpieszony, zatem nie wystarczająco przygotowany. To przyśpieszenie nastąpiło, gdyż car planował użycie armii Królestwa Polskiego przeciw rewolucjonistom we Francji i Belgii.
darmowy hosting obrazków
Mimo, że do powstania doprowadziła jedynie garstka podchorążych, wsparta masami plebejskimi Warszawy, które zdobyły Arsenał, to realność odniesienia sukcesu była bardzo prawdopodobna. Zabrakło jedynie, wydawać by się mogło rzeczy najprostszej, ale jakże ważnej – zdecydowanego na wszystko kierownictwa narodowych dążeń. Podczas tamtych - 11 miesięcy walki o niepodległy byt, prawie wszyscy członkowie władz narodowych i wojskowych byli przerażeni i wstrząśnięci, byli zdecydowani powstanie za wszelką cenę stłumić i oddać się pod opiekę cara.
To właśnie wtedy, naród nasz nie po raz pierwszy i nie ostatni popełnił błąd oddając władzę w ręce osobistości, które były gotowe do pójścia na każdy kompromis, dogadania się za wszelką cenę. Natomiast wyrachowany przeciwnik skutecznie ich brał na ten lep, łudząc obietnicami. Gdy tylko jednak się wzmacniał to dawał w łeb(!), nie oglądając się na nic.
Pozostaje nam jedynie wciąż wierzyć, iż Opatrzność da kiedykolwiek jeszcze Polsce przywódcę godnego na miarę potrzeb, także w dzisiejszych czasach, takiego, który w interesie narodowej sprawy, nie ugnie się przed żadną przeciwnością. Jeżeli jednak to nie nastąpi, to sytuacje podobne do tej z okresu Powstania Listopadowego, wciąż będą się powtarzać.
Polecam również krótką retrospekcję filmową, pt. Powstanie Listopadowe, patrz poniżej:
Obchody 100-lecia Powstania Listopadowego - Warszawa 1930, patrz poniżej:
Mariusz A. Roman
[Fot. Archiwum]

środa, 12 października 2011

Biedroń może stracić mandat?

Robertowi Biedroniowi stawiane przez prokuraturę zarzuty nie przeszkodziły w starcie w wyborach parlamentarnych. Szczęśliwie, nie schroni się on teraz za immunitetem poselskim. Wciąż trwa śledztwo w sprawie o nienaruszalność nietykalności cielesnej policjanta przez Biedronia. Jest nadzieja na sprawiedliwość!
Oskarżenie o naruszenie nietykalności cielesnej policjanta nie było przeszkodą dla Roberta Biedronia z Ruchu Palikota by startować w wyścigu do poselskiej posady.
Po ogłoszeniu wyników wyborów, osoby z zarzutami, nawet jeśli zostały wybrane na posłów, przynajmniej przez jakiś czas spać spokojnie nie będą. Jeśli posłem czy senatorem został ktoś z zarzutami, nabyty immunitet nie uchroni go przed procesem. Zgodnie z prawem, uzyskanie mandatu nie wstrzymuje już toczących się śledztw, ani procesów karnych prowadzonych przeciwko nowym parlamentarzystom.
I tak, postępowanie będzie się toczyć w sprawie Roberta Biedronia, przeciw któremu od końca maja w warszawskim sądzie złożony jest akt oskarżenia o naruszenie nietykalności cielesnej policjanta w czasie demonstracji 11 listopada zeszłego roku. Nowo wybrany poseł był wśród osób blokujących legalny Marsz Niepodległości rzucając w ich stronę kamieniami i racami.
darmowy hosting obrazków
Biedroń, zatrzymany przez policjanta, uderzył go w twarz i wyrwał mu pałkę. Postawione sobie zarzuty Biedroń uznał za kuriozalne i oświadczył, że to on został przez policję pobity, o czym następnie zawiadomił prokuraturę. Postępowanie w tej sprawie zostało umorzone, a oskarżonemu Biedroniowi grozi do roku więzienia.
Przepisy stanowią, że immunitet poselski nie jest przeszkodą w prowadzeniu procesu w tej sprawie, więc jeśli Biedroń zostałby za ten czyn prawomocnie skazany - utraciłby mandat poselski. Prawo zakazuje sprawowania go osobom skazanym za przestępstwo umyślne.
Krótkie filmy zamieszczone na You Tube pt. Zatrzymanie Roberta Biedronia, patrz poniżej:

oraz, pt. Dowód przeciwko Robertowi B., patrz tutaj:
 
MAR/Fronda.pl
[Fot. Archiwum]

wtorek, 2 sierpnia 2011

Horror eutanazji w Holandii

Zdecydowana większość holenderskich lekarzy popiera zabijanie pacjentów, określane eutanazją. Aż 86.5 procenta pytanych medyków stwierdziło, że wykonałoby eutanazję, tylko 7.9 odpowiedziało, że nie współpracowałoby przy jej wykonaniu.

64.6 procenta holenderskich lekarzy twierdzi, że wywierano na nich presję, by zabili pacjenta. 36 procent stwierdza, że presję taką wywierała rodzina pacjenta, a 80.3 procenta uważa, że presję na zabijanie chorych wywiera społeczeństwo.

Zdecydowana większość lekarzy, bo aż 68 procent, przyznaje też, że w ciągu minionych pięciu lat zabiło od dwóch do pięciu pacjentów. 4 procent lekarzy przyznaje, że w ciągu pięciu lat zabiło ponad dziesięć osób. 57 procent twierdzi, że nigdy nie odmówiło zabicia pacjenta, a 26 procent odmówiło raz. Spośród tych, którzy nie chcą zabijać, aż 39 procent odesłało zainteresowanych eutanazją do swoich kolegów.
darmowy hosting obrazków

Ponad 20 procent lekarzy zapewnia też, że zabiłoby pacjenta, który chciałby eutanazji z powodu „zmęczenia życiem”.

I dokąd ten świat zmierza? Dla tych, którzy mają wątpliwości, polecam zainteresowanie się w jakim kraju w latach 30-tych, pod wpływem ideologii charyzmatycznego przywódcy wprowadzono tzw. program eutanazja i dokąd to ten kraj doprowadziło...

Film o eutanazji pt. „Śmierć na życzenie”, patrz poniżej:






MAR/Fronda.pl

[Fot. Archiwum]

wtorek, 8 marca 2011

NSZZ „S”: Uwaga – wzrost bezrobocia

Dramatyczna sytuacja na rynku pracy województwa pomorskiego była głównym tematem obrad Zarządu Regionu Gdańskiego NSZZ „Solidarność” we wtorek 7 marca. Zarząd przyjął stanowisko dotyczące bezrobocia w regionie.
Do tej pory bezrobocie w województwie pomorskim było niższe od krajowego, obecnie sytuacja jest odwrotna. Z comiesięcznego raportu Wojewódzkiego Urzędu Pracy wynika, że poziom bezrobocia w województwie zaniżają w znacznym stopniu Gdynia, Sopot i Gdańsk, gdzie jest ono zaledwie kilkuprocentowe. Zaś na obszarze wszystkim pozostałych powiatów województwa jest kilkunastoprocentowe, zaś w nowodworskim dochodzi do 30 proc. – To dowód na to, że polityka rządu w kwestii walki z bezrobociem po prostu nie istnieje – komentowano na posiedzeniu Zarządu.

darmowy hosting obrazków
„Zarząd Regionu Gdańskiego NSZZ „Solidarność” wobec informacji o pogorszeniu się w kolejnym miesiącu sytuacji na naszym rynku pracy, uważa, że dramatycznie zwiększający się poziom bezrobocia zaczyna być poważnym zagrożeniem dla przyszłości i rozwoju naszego regionu. W ciągu tylko stycznia liczba bezrobotnych wzrosła w naszym województwie o 10 tysięcy, przekraczając 114 tysięcy osób, co stanowi 13,1 proc. aktywnych zawodowo.
Stale wzrasta ilość bezrobotnych do 25 roku życia. Bardzo niepokojąco rośnie wśród bezrobotnych liczba absolwentów różnego rodzaju szkół, w tym uczelni wyższych, pozostających bez pracy do 12 miesięcy od ukończenia nauki. Systematycznie spada także liczba oferowanych wolnych miejsc pracy. Zgłaszane są zaś kolejne zwolnienia grupowe. Stocznia Marynarki Wojennej, Poczta, kolej, telekomunikacja, Bomi – to zakłady pracy, gdzie kolejne setki pracowników stracą swoje miejsca pracy. Urzędy pracy alarmują o radykalnym zmniejszeniu środków na aktywne formy walki z bezrobociem” – czytamy w przyjętym stanowisku zarządu regionu.
Rząd zmniejszył środki przeznaczone dla urzędów pracy o ok. 2/3. W rezultacie wystarczą one tylko na wypłaty zasiłków i poradnictwo, nie będzie możliwe prowadzenie aktywnych form przeciwdziałania bezrobociu. Ilość ofert, przekazywanych przez pracodawców do urzędów pracy w województwie pomorskim spadła w styczniu br. w porównaniu z poprzednim miesiącem o 300. Dane wskazują także, że liczba wyrejestrowanych bezrobotnych tylko w 1/3 pokrywa się z liczbą osób podejmujących pracę, a więc faktyczna stopa bezrobocia może być o wiele wyższa niż wynika z danych urzędowych.
Podczas posiedzenia Zarządu Regionu NSZZ „S” zwracano również uwagę, że w Polsce wydatki na aktywizację bezrobotnego są jedenastokrotnie niższe niż w rozwiniętych krajach UE, zaś zasiłki dla bezrobotnych są ośmiokrotnie niższe.
Analiza sytuacji na rynku pracy pokazuje, że trwałe bezrobocie dotyka w znaczącym stopniu już młodych ludzi poniżej 25 roku życia. Okazuje się też, że 40 proc. spośród tych, którzy znajdują swoją pierwszą pracę, podejmują ją w dziedzinach, które nie odpowiadają zdobytemu wykształceniu.
Zarząd Regionu zajął się także formami zatrudnienia. Podkreślano, że Związek powinien walczyć o zatrudnianie na podstawie umów o pracę na czas nieokreślony. – Ta forma jest korzystna zarówno dla pracownika jak i dla pracodawcy i gospodarki – mówił Jacek Rybicki, członek prezydium ZRG „S”. Dla firmy dlatego, że dzięki stałej umowie zyskuje związanego z sobą pracownika, w którego może inwestować i czerpać z jego doświadczeń zawodowych. Dla gospodarki – ponieważ istnieje mniejsza prawdopodobieństwo jego zwolnienia a co za tym idzie pojawienia się kosztów, związanych z bezrobociem.
MAR/solidarnosc.gda.pl
[Fot. solidarnosc.gda.pl]

wtorek, 7 września 2010

Armia Klicha nie obroni Polski

W dzisiejszym „Naszym Dzienniku” ukazał się wywiad z prof. KUL dr. hab. nauk wojskowych Romualdem Szeremietiewem, byłym ministrem oraz wiceministrem obrony narodowej, pod jakże wymownym tytułem: „Armia Klicha nie obroni Polski”. Poruszony w nim został beznadziejny stan Wojska Polskiego, a zwłaszcza polskich sił powietrznych. Obszerne fragmenty wywiadu przedstawiam poniżej:

darmowy hosting obrazków
Jak ocenia Pan wyposażenie naszych Sił Powietrznych?
- Mamy w Polsce 48 nowoczesnych samolotów F-16. Będą jednak one zdolne do wykonywania zadań bojowych, zdaje się, dopiero w 2018 roku. Ponadto na uzbrojeniu znajduje się jeszcze 31 myśliwców Mig-29 (będą wycofane do 2025 roku) i 44 stare szturmowce Su-22, przewidziane na złom za sześć lat. Wkrótce w ogóle nie będzie jednak odrzutowych samolotów szkoleniowych, ponieważ iskry (54 maszyny) znikną z Dęblina w przyszłym roku. Stosunkowo liczne jest natomiast lotnictwo transportowe: 11 nowych samolotów CASA (plus 1 zamówiony), 3 używane amerykańskie C-130 Hercules (łącznie będzie ich 5) i 17 samolotów bryza (zamówiono dodatkowo 12). Będziemy mieli malejącą z czasem liczbę samolotów bojowych, żadnych do szkolenia pilotów i pokaźną flotę do transportowania żołnierzy.
Na szkolenia dla pilotów i paliwo brakuje pieniędzy...
- W tej kwestii w 2009 roku pojawił się meldunek generała Anatola Czabana, ówczesnego szefa Szkolenia Sił Powietrznych. Pisał on, że w 2008 roku nie udało się zrealizować żadnego z zadań szkoleniowych w Siłach Powietrznych, a na rok 2009 w lotnictwie brakowało ponad 50 proc. paliwa. Sądzę, że wystarczającym komentarzem w tej kwestii jest odejście ze służby p.o. szefa lotnictwa - gen. Krzysztofa Załęskiego, który według nieoficjalnych doniesień uznał, że nie ma wpływu na system szkolenia pilotów i planowanie lotów.
Obserwujemy, że nie lepiej jest w pozostałych rodzajach sił zbrojnych, o czym świadczą chociażby odejścia ze służby kolejnych generałów.
- To prawda. Dymisji było sporo. Pamiętamy spektakularne odejście dowódcy Wojsk Lądowych - gen. Waldemara Skrzypczaka. Wymowna jest także niedawna dymisja gen. Wiesława Michnowicza, który od lipca ubiegłego roku stał na czele Zarządu Szkolenia P-7 Sztabu Generalnego WP. Dymisję złożył na dwa lata przed końcem swojej kadencji. Generał Michnowicz odpowiadał za szkolenie polskiej armii. Zrezygnował ze stanowiska, bo nie było pieniędzy na to, za co odpowiadał jako szef P-7. Mówienie w tej sytuacji o profesjonalizacji armii jest ponurym żartem.

darmowy hosting obrazków
Jak z perspektywy czasu ocenia Pan zakup F-16?
- Współczesny samolot bojowy to bardzo droga broń. Trzeba dobrze zastanowić się przy podejmowaniu decyzji. Polska kupiła F-16, który jest samolotem tzw. IV generacji. Obecnie w lotnictwie następuje jednak zmiana generacyjna uzbrojenia. Kłopot mamy taki, że w innych armiach zaczną wkrótce wchodzić na uzbrojenie samoloty V generacji (F-35). Polska z racji braków finansowych nie ma pieniędzy na zakup najnowszych aparatów, a więc za kilka lat ponownie będziemy mieli przestarzałe samoloty. Chyba nie potrzeba w tym miejscu dodatkowego komentarza.
Inny problem stanowią przyszłe remonty tych samolotów, ponieważ Amerykanie nie zgodzili się, aby F-16 remontowały inne kraje, które za tą samą usługę żądają kilka razy mniej pieniędzy.
- W 2007 roku pojawiły się doniesienia prasowe o sfinalizowaniu rozmów z Amerykanami w sprawie uruchomienia w Wojskowych Zakładach Lotniczych nr 2 w Bydgoszczy centrum serwisowego samolotów F-16. Okazuje się, iż wielokrotnie powtarzane oczekiwanie wykorzystania WZL-2 do wsparcia eksploatacji F-16 w Siłach Powietrznych RP, sygnalizowane co najmniej od 2004 roku, pozostaje tylko możliwością. Zapowiadanego centrum ciągle nie ma. Nie mogę też zrozumieć, dlaczego nie możemy obsługiwać naszych "efów" tak, jak chcemy.
Prezydent Bronisław Komorowski podczas wizyty w Łasku w ubiegłą sobotę powiedział, że F-16 będą u nas używane w 2016 roku i pozostaną w eksploatacji do przynajmniej roku 2030.
- Samoloty Mig-29 będą na uzbrojeniu do 2025 roku, a F-16, według prezydenta Komorowskiego, tylko pięć lat dłużej. Rodzi się więc wątpliwość, po co w 2002 roku kupiono nowe samoloty. Dla tych pięciu lat? Jakimi samolotami będą latali nasi piloci po roku 2030? Dziesięć lat temu przekonywałem, aby Polska włączyła się do amerykańskiego programu JSF samolotu V generacji, jak to zrobiły inne państwa NATO. Zamierzałem pożyczyć dwie-trzy eskadry używanych F-16, przeszkolić pilotów i zbudować infrastrukturę pod amerykański sprzęt. Polska po kilku latach kupiłaby samoloty V generacji i to byłby już F-35. Dzięki takiemu działaniu mielibyśmy czas na przygotowanie ludzi i logistyki i - co równie ważne - mielibyśmy najnowocześniejsze samoloty. Niestety, premier Jerzy Buzek odrzucił moje propozycje, wskazując, że odłożenie zakupu w czasie pozbawi rząd AWS korzyści offsetowych.

darmowy hosting obrazków
Statki powietrzne są na uzbrojeniu nie tylko Sił Powietrznych.
- Swoje lotnictwo mają Wojska Lądowe i Marynarka Wojenna. W działaniach lądowych ważną bojową rolę odgrywają śmigłowce, które w przypadku Sił Powietrznych pełnią funkcje pomocnicze. Polskie siły zbrojne posiadają około 240 śmigłowców. Tylko część z nich jest względnie nowa (PZL W-3 Sokół, PZL SW-4). Większość pochodzi z lat 1975-1989. Stąd ich niska sprawność, wynosząca zaledwie 47 proc. stanu (dane z 2008 roku). Do tego wojska lądowe nie mają nowoczesnego śmigłowca uderzeniowego. W tej kategorii mamy tylko 35 ponad 20-letnich Mi-24. Sztab Generalny WP wskazywał na konieczność zakupu 150-156 śmigłowców. MON deklarowało, że ma środki na 51 maszyn. W październiku ubiegłego roku minister Bogdan Klich zapowiedział, że w latach 2013-2018 kupi 26 śmigłowców. Nie było wśród nich śmigłowców uderzeniowych. Teraz, gdy rząd zamierza obniżyć procent PKB na obronę, wątpię, aby nawet ten okrojony projekt śmigłowcowy został zrealizowany.
A w jakim stanie znajduje się lotnictwo Marynarki Wojennej?
- Lotnictwo morskie posiada 11 samolotów i 17 śmigłowców przeznaczonych do wykonywania zadań rozpoznawczych i ratowniczych. Ma też 15 śmigłowców do zwalczania okrętów podwodnych (jedenaście z nich to Mi-14 z połowy lat 70. ubiegłego wieku). Po wycofaniu myśliwców Mig-21 marynarka nie ma ani jednego samolotu bojowego. Nie wiem więc, jakie samoloty mają wykonywać zadania bojowe nad Bałtykiem.
Jakie znaczenie ma silne lotnictwo dla bezpieczeństwa Polski?
- Zagrożenia militarne bezpieczeństwa państwa mogą pojawić się na lądzie, morzu i w powietrzu. Przyjmujemy, że w obecnym położeniu geopolitycznym Polsce nie grozi napaść na lądzie. Ponadto w razie takiej napaści agresor musi wcześniej dokonać mobilizacji sił i skoncentrować jednostki w rejonach wyjściowych do ataku. Takie działania przy obecnych środkach rozpoznania trudno jest ukryć. Teoretycznie powinniśmy mieć czas, aby przygotować obronę kraju. Inaczej jest w przypadku ataku z powietrza lub morza. Samolotów, rakiet oraz okrętów można użyć z zaskoczenia. Polska, chcąc zapewnić sobie bezpieczeństwo, musi więc dbać o obronę swojej przestrzeni powietrznej i morskiej. Tymczasem Siły Powietrzne mogą takie zadania wypełnić w stopniu ograniczonym, natomiast stan obrony przeciwlotniczej kraju i Marynarki Wojennej jest katastrofalny.
Minister Bogdan Klich w czasie uroczystości objęcia zwierzchnictwa nad siłami zbrojnymi przez prezydenta Komorowskiego powiedział, że przekazuje dobre wojsko. Prezydent nie jest w tym względzie szczególnie wymagający, jako minister obrony zapewniał, że "polski pilot poleci na wrotach od stodoły".
- Oceniając lotnictwo, widać, że obrona polskiego nieba nie jest według MON zadaniem najważniejszym. Szef ministerstwa obrony chełpi się, że w krótkim czasie stworzył "profesjonalną" armię zawodową. Ta armia, według norm taktycznych, będzie w stanie obronić 1 procent powierzchni kraju. Tragicznym obrazem stanu bezpieczeństwa kraju jest organizacja i wykonanie lotu do Smoleńska 10 kwietnia br. Państwo polskie nie potrafiło zadbać o bezpieczeństwo prezydenta RP i najwyższych dowódców wojskowych. Nie wydaje mi się, aby to wszystko upoważniało kogokolwiek do odczuwania dumy.
Całość wywiadu, patrz tutaj.
MAR/naszdziennik.pl
[Fot. Archiwum własne]

wtorek, 24 lutego 2009

Drenaż kapitału z Polski to nic nowego

Wywożenie kapitału z naszego kraju trwa od dawna, właściwie od początku transformacji ustrojowej po 1989 r. W ostatnich jednak latach odbywa się to szczególnie intensywnie i za pomocą nowych metod. Zwłaszcza, że stworzone w Polsce warunki ekspansji dla międzynarodowych grup kapitałowych sprzyjają transferowi gotówki na zachód, tak potrzebnej w centralach tych instytucji, w dobie ogólnoświatowego kryzysu.

Saldo bilansu płatniczego wskazuje jednoznacznie, że z Polski transferowany jest kapitał. W znacznej mierze odpowiadają za to oddziały zagranicznych banków, które transferują zebrane w Polsce oszczędności do swoich centrali za granicę. Oczywiście wymieniając wcześniej złotego na inne waluty. Słabnięcie polskiego złotego jesienią 2008, wywołane tym drenażem, pogłębione zostało jeszcze przez skuteczne spekulacje zagranicznego kapitału. Dzięki tzw. opcjom walutowym CALL spekulanci nabyli prawo zakupu na polskim rynku waluty po cenie z lata 2008 roku, kiedy to – przypomnijmy – za jedno euro płaciło się około trzy i pół złotego. W konsekwencji Polska została wystawiona na atak spekulacyjny wskutek nieostrożnej polityki finansowej, a także zwrócenia na ten fakt uwagi przez międzynarodowe kręgi finansowe.

Przypomnijmy tylko, że już we wrześniu ubiegłego roku JP Morgan ogłosił wiadomość, iż złoty jest najsłabszą walutą i mniej bezpieczną niż węgierski forint. W tej wiadomości padło też charakterystyczne zdanie, że w przypadku kryzysu Polska pozostałaby prawie bez rezerw. To nie wyglądało na prognozę, lecz na zapowiedź. Tymczasem odpływ kapitału jest czynnikiem, który niewątpliwie sprzyja spekulacjom finansowym obliczonym na osłabienie złotego. Jak wynika z ustaleń Instytutu Edukacji Konsumentów na Rynku Kapitałowym, jest bardzo prawdopodobne, że sytuacja ta ma charakter zaplanowanych i zorganizowanych działań, zbliżonym pod względem sposobu działania do sławnego ataku spekulacyjnego George Sorosa na funta szterlinga w 1992 roku.

Drenaż w postaci transferu zysków

Profesor Kazimierz Z. Poznański trafnie przytoczył rzecz wydawałoby się oczywistą, że najkorzystniejszym sposobem dopuszczenia obcego kapitału do danego kraju - jest zgoda na tworzenie całkiem nowych inwestycji, a nie jego inwestycje w zakup starego kapitału (patrz: K. Z. Poznański, „Wielki przekręt. Klęska polskich reform”, Warszawa 2000, s. 25). Wcześniej James Goldsmith radził, żeby uzależniać dostęp zagranicznych korporacji do rynków krajowych od zbudowania przez nie fabryk, a więc od wniesienia swojego wkładu w gospodarkę kraju gospodarza (patrz: J. Goldsmith, „Pułapka”, Warszawa 1995, s. 36). I rzeczywiście, potencjalna aktywność założycielska napływającego do nas kapitału zagranicznego była w stanie wykreować nowe aktywa finansowe i produkcyjne, a więc tym samym - nowe miejsca pracy w Polsce.

Niestety, ani większość rządzących po 1990 roku, ani ich zachodni doradcy, nie rozważali w odniesieniu do zagranicznego kapitału innej strategii w Polsce, poza strategią masowego wykupu przez cudzoziemców rentownych spółek polskiego Skarbu Państwa. W konsekwencji nowi właściciele zagraniczni, poza nielicznymi wyjątkami, nie tworzyli w Polsce po 1990 roku nowych aktywów i nowych miejsc pracy. Najczęściej celem dokonanego wykupu było zniszczenie polskiego państwowo-kapitalistycznego konkurenta rynkowego. O tym mówią chociażby manipulacje dokonane na majątku Fabryki "Wagon" w Ostrowie Wielkopolskim, albo zdemontowanie przez Siemensa we Wrocławiu państwowych Zakładów Elektronicznych "Elwro". W ten sposób, umożliwiono także komunalnej spółce STOEN (Niemcy) zakupienie wielkiego państwowego przedsiębiorstwa zajmującego się dystrybucją energii elektrycznej w Warszawie.

W rezultacie, z przejętych w ten sposób firm, dokonuje się rokrocznie legalny i oficjalny transfer zysków poprzez dywidendy. Dotyczy to zwłaszcza sektora bankowego, który w blisko 80 proc. znajduje się pod kontrolą kapitału zagranicznego. Tylko w latach 2004-2005 w postaci transferów bankowych, wydrenowano z Polski kapitał o wartości około 22 miliardów dolarów. Przy czym, nie zawsze ta sytuacja jest jednoznaczna prawnie, jak choćby w przypadku nowego właściciela Banku Handlowego - czyli Citi Banku, który bez żadnego związku z umową prywatyzacyjną, przekazał do swojej nowojorskiej centrali dywidendę, która została wypracowana na rynku - także w czasie, gdy właścicielem Banku Handlowego był polski Skarb Państwa. Niestety, tego typu proceder możliwy jest, przy całkowitej akceptacji polskich instytucji nadzoru finansowego.

Drenaż transakcyjny

Kolejny kanał wywozu kapitału z Polski związany jest z tzw. cenami transakcyjnymi. Polega on na tym, że polskie firmy-córki w stosunku do swoich zagranicznych firm-matek prowadzą taką politykę rozliczania kosztów, że zawyża się ceny sprowadzanych surowców i półproduktów, które są tutaj poddawane procesowi uszlachetniania. Przy czym w Polsce produkuje się praktycznie po kosztach własnych, do tego dochodzi tańsza robocizna. Natomiast gotowy produkt, wyjeżdża z Polski z wygenerowanym zyskiem, tylko że jego wielkość ujawnia się dopiero poza granicami.

Pomimo tego, że istnieje nawet specjalna dyrektywa UE w sprawie przeciwdziałania takim praktykom, z której wynikają odpowiednie procedury i zalecenia. To jednak ani Ministerstwo Finansów, ani urzędy skarbowe, praktycznie nie prowadzą żadnych działań przeciwdziałających tej ścieżce wywozu kapitału.

Drenaż spekulacyjny

Trzecim sposobem transferu kapitału z Polski jest spekulacja finansowa i giełdowa na ogromna skalę. Jedną z metod takiej spekulacji jest oczywiście gra na giełdzie. Tutaj obowiązuje prosta reguła: ten, kto ma informacje i odpowiednio duże środki, może wygenerować zachowania mniejszych graczy giełdowych. Oczywiście cała operacja polega na tym, aby wycofać swoje aktywa w odpowiednim momencie i pozostawić całą rzeszę tych mniejszych graczy z jak największą stratą na rzecz zysku własnego.

Obecny kryzys światowy - wzmocnił jeszcze motywację do wywozu kapitału – by uzupełnić braki w macierzystych centralach firm, pozbawiając ten proceder jakichkolwiek zasad. Aby być skutecznym zastosowano na masową skalę tzw. opcję walutową. Ostatnio bardzo nagłośnioną w mediach - spekulację finansową.

Strategię opcji zastosowało kilkanaście banków i najczęściej chodziło w niej o oszukanie własnych klientów. Media opublikowały m.in. opracowanie na ten temat dr Mariusza Andrzejewskiego oraz analizę dr Pawła Karkowskiego, którzy zgodnie wykazują, że banki większość transakcji opcyjnych zawarły w momencie, gdy złoty był u szczytu aprecjacji i dla bankowców musiało być jasne, że lada chwila trend się odwróci i nastąpi deprecjacja. Co więcej, oferowano przedsiębiorstwom w pakietach opcje asymetryczne, jednostronnie korzystne dla banków, a czasem uzależniano nawet od nich przyznanie kredytu obrotowego.

Następnie, niektórzy z zagranicznych inwestorów dla rozkręcenia tej spekulacji ogłaszali złe prognozy dla rynku na najbliższy rok. Wreszcie realizując swoje opcje i kupując na polskim rynku walutę, uzyskali zysk będący różnicą pomiędzy wartością złotówki z lata i późnej jesieni ubiegłego roku, a przy okazji jeszcze bardziej obniżyli jej kurs. W rezultacie dochodzi dzisiaj do upadku kolejnych polskich firm i pogłębiania się kłopotów setek innych, a co za tym idzie mnożenia dziesiątek tysięcy - kolejnych bezrobotnych.

Skala zjawiska

Nie można określić precyzyjnie skali transferu kapitału z Polski, gdyż nikt tak naprawdę tego nie monitoruje. Jednak szacunkowo ocenia się wielkość tego zjawiska przynajmniej na 40 mld zł. Do tego dochodzi ujemne saldo w handlu zagranicznym, a więc dewizy, które musimy zapłacić, by zbilansować import z eksportem – co również jest szacowane na ok. 40 mld zł. W sumie zatem wielkość drenażu kapitału z Polski w 2008 roku wyceniana jest na ok. 80 mld zł.

Mariusz A. Roman

piątek, 20 lutego 2009

Miliardy za opieszałość rządu

Opcje walutowe: 15 czy 50 mld zł strat ? Skutki finansowe kontraktów opcyjnych i tak poniesie Skarb Państwa, czyli podatnicy.
darmowy hosting obrazków

Rząd zapomniał bowiem w listopadzie 2007 r. wdrożyć unijnej dyrektywy MIFID, która zabezpieczała klientów banków przed nieuczciwym oferowaniem niekorzystnych instrumentów finansowych. W rezultacie - firmy, które stracą na opcjach, będą mogły dochodzić odszkodowania od państwa. Beneficjentami transakcji nie będą jednak banki w Polsce. Przeciwnie - mogą one znaleźć się w kręgu poszkodowanych, jeśli zabezpieczały swoje pozycje w zagranicznych bankach inwestycyjnych. To właśnie duże banki inwestycyjne amerykańskie i europejskie, operujące za pośrednictwem funduszy hedgingowych, dzisiaj zarabiają na opcjach miliardy.

W czwartek do redakcji "Wall Street Journal" skierował list szef Stowarzyszenia Przejrzysty Rynek Jerzy Bielewicz, wskazując, że globalni potentaci bankowi w sposób spekulacyjny destabilizują rynki Europy Środkowowschodniej. Komisja Nadzoru Finansowego wyceniła wartość kontraktów opcyjnych na 15 mld zł, ale nie brak głosów, że może to być nawet 50 mld złotych. Stratami zagrożone są tysiące firm, w tym spółki Skarbu Państwa.
Przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego Stanisław Kluza wyjaśnił, że przy osłabieniu złotego o każde 10 gr negatywna wycena zwiększa się o kolejny miliard złotych. Przy kursie 4,8 zł za euro, negatywna wycena opcji walutowych polskich firm wyniosła 15 mld zł. Szacunki KNF i tak są nieco bardziej optymistyczne w porównaniu z tymi, które np. przedstawił Zbigniew Jakubas. Właściciel Feroco stracił na opcjach ponad 100 mln zł i według niego polskie firmy mogły stracić nawet 50 mld zł. Szacuje się, że problem dotyczy kilku tysięcy przedsiębiorstw, np. Krośnieńskie Huty Szkła z powodu strat na opcjach musiały złożyć wniosek o upadłość.

W spółkach z udziałem skarbu państwa, dane dotyczące strat na opcjach mają zostać przedstawione najpóźniej w dniu zatwierdzenia budżetu na 2009 r. Ogólnie wiadomo jednak, że tego typy transakcje zawarło 48 państwowych spółek, z czego połowa poniesie z tego tytułu poważne straty. Straty z powodu negatywnej wyceny opcji poniosły m.in. Ciech (ponad 100 mln zł w 2008 r.), Zakłady Azotowe w Tarnowie (10-20 mln zł) czy Jastrzębska Spółka Węglowa. Ta ostatnia w 2008 r. straciła 5 mln zł, zaś w tym roku może być to nawet 100 mln zł.

środa, 31 grudnia 2008

Biznes 2008: sukcesy i porażki roku

Ludzie i gospodarka w kraju i na świecie. W tym roku przegrali nie tylko ludzie, ale także kapitalizm w liberalnym wydaniu. Nie sprawdził się model bardzo ostrożnej kontroli operacji finansowych, zwłaszcza dokonywanych przez banki, głównie inwestycyjne. Po bankructwie Lehman Brothers nie tylko w USA, ale także w innych rejonach możemy obserwować interwencjonizm państwowy w niespotykanym dotąd wymiarze. Chodzi już nie tylko o tzw. plan Paulsona, warty ponad 700 mld dol. program ratowania amerykańskiej gospodarki przed skutkami kryzysu przez przejmowanie udziałów i zobowiązań firm u progu bankructwa, głównie z sektora finansowego, ale także motoryzacyjnego.

Japonia, Australia, ale także Niemcy, Belgia, Wielka Brytania czy Francja, nawet mimo pomruków ze strony Komisji Europejskiej, rzuciły się na ratunek zwłaszcza bankom, których upadek przyniósłby utratę tysięcy miejsc pracy i fatalnie podziałałby na atmosferę na rynku. To także rok masowych nacjonalizacji banków, takich jak Fortis, Dexia, Barclays, Royal Bank of Scotland, co jest zjawiskiem bez precedensu. Był to też rok nierealnych prognoz i pod tym względem można mówić o przegranej wielu analityków. Kiedy cena baryłki ropy naftowej w lipcu sięgała 150 dol., powszechne były głosy, że należy się spodziewać dalszego wzrostu, nawet ponad pułap 200 dol. Tymczasem w końcówce roku baryłka kosztuje już poniżej 40 dol. Podobnie wygląda sytuacja na rynku złota – wiosną cena uncji przekroczyła barierę 1 tys. dol., a kanadyjska firma Yamana Gold prognozowała, że pod koniec roku cena kruszcu może sięgnąć 1,5 tys. dol. Złoto jednak zaczęło tanieć i kosztuje do 840 dol. za uncję.

Na światowej liście przegranych pierwszą pozycję zajmuje były prezes Fedu Alan Greenspan. W październiku ze łzami w oczach przyznał, że jego teoria taniego pieniądza i rynkowej samoregulacji okazała się katastrofalna dla światowej gospodarki. Greenspan zlekceważył dwie bańki spekulacyjne – internetową sprzed kilku lat oraz ostatnią na rynku nieruchomości. Efektem było m.in. spektakularne bankructwo zadłużonego na ponad 600 mld dol. amerykańskiego banku inwestycyjnego Lehman Brothers. Jego prezes Richard Fuld to kolejny symbol biznesowej klęski. Upadek banku wstrząsnął giełdą, a rząd USA musiał wydać setki miliardów dolarów, by ratować następne wielkie instytucje finansowe.

Spektakularnych porażek nie brakowało też w Polsce. Rafał Bauer, były już prezes Vistuli & Wólczanki, najpierw sfinalizował transakcję przejęcia kontroli nad jubilerskim imperium Wojciecha Kruka, by potem stracić stanowisko, gdy karty w tej grze nagle się odwróciły. Skurczyła się także o ponad 70 procent wartość giełdowych spółek należących do Leszka Czarneckiego. Z powodu kryzysu odłożył on m.in. budowę swej sztandarowej inwestycji – wieżowca Sky Tower we Wrocławiu.

Rok mija wprawdzie pod znakiem rozlewającego się po świecie kryzysu finansowego, nie brak jednak przykładów sukcesów w biznesie. JP Morgan (który z racji negatywnych prognoz dotyczących Polski nie ma u nas dobrej prasy) dzięki przemyślanym i ostrożnym decyzjom prezesa Jamiego Dimona nie stracił na papierach typu subprime. Z kolei szef niemieckiej linii lotniczej Lufthansa Wolfgang Mayrhuber jako jedyny w branży przejmuje kolejne spółki. W Polsce, oprócz Wojciecha Kruka, także Zygmunt Solorz-Żak może zaliczyć mijający rok do udanych. Na wyjątkowo trudnym rynku sprzedał swoje akcje Cyfrowego Polsatu za ponad 800 mln zł.
____________________________________________________________________
za: Rzeczpospolita/Piotr Mazurkiewicz, wydanie 30 grudnia 2008

*****************
I choć nadchodzący, nowy rok nie napawa optymizmem. Wielu światowym bankom realnie stanęła przed oczami wizja bankructwa, giełdy ledwie dyszą, kursy walut wariują, ludzie na całym świecie zaczynają bać się o swoją pracę. To jednak na pocieszenie powiedzmy sobie szczerze, że przecież mogło być jeszcze gorzej. Pomoc dla banków jest niewiarygodnie kosztowna, bolesna, a nawet oburzająca, ale nie ma dla niej alternatywy. Banki trzeba było uratować, bo w przeciwnym razie czekałaby nas przerażająca recesja, której koszty byłyby jeszcze większe.
Pewnie w Polsce, nie uda się naszej gospodarce zachować tempa wzrostu PKB, na poziomie do jakiego zdążyliśmy się w ostatnich latach przyzwyczaić, oszczędności spowodowane światowym kryzysem, zmuszą także polskie firmy do przeprowadzenia pewnych restrukturyzacji. To jednak, dzięki reformie podatkowej wprowadzonej jeszcze przez poprzedni rząd, zostanie w naszych kieszeniach więcej pieniędzy. Od nowego roku, trzy dotychczasowe stawki PIT (19, 30 i 40 proc.), zastąpią tylko dwie (18 i 32 proc).